To miał być mój trzeci wyjazd do Gruzji. Po cóż trzy (albo i więcej) razy jeździć do tak małego kraiku? Bo ten kraik jest tak bogaty, ciekawy i pasjonujący, że i trzysta trzydzieści trzy razy byłoby za mało. Tym razem jednak jechałem z pokaźną grupą, dla której miał to być ten pierwszy raz, nie tylko na Kaukazie ale też trampingowo… Zapowiadało się ciekawie!

Do Tbilisi można dolecieć z Warszawy bezpośrednio albo przez Rygę (którą to opcję wybrała moja ekipa), natomiast po co iść na łatwiznę skoro można dojechać tam stopem. I tak w trzy dni z zachodniej Polski znalazłem się w Istambule. Miasto zachwyt, jak zwykle – jednak koszmarnie drogie. Następnie do granicy gruzińskiej, przekraczamy ją i znajdujemy się w innym świecie, świecie Kaukazu. Niech jednym symptomem jest to, że krowy tutaj mają pełną wolność – nikt ich nie przegania ze stajni na pastwisko i z powrotem, tylko co najwyżej otwiera drzwi i te bydlątka zyskują wolną wolę. Absolutnie nieskrępowaną przez takie banały jak przepisy ruchu drogowego. Ale ten świat się zmienia – robi wrażenie nowiutkie przejście graniczne w Sarpi. Pogranicznicy śmigają na segway’ach, a parędziesiąt metrów dalej pod drzewem siedzą modelowe babuszki gruzińskie na zydelkach i sprzedają siemuszkę i orzechy.

Z Granicy niestandardową drogą zmierzaliśmy do stolicy. Niestandardową bo przez góry Adżarii – stopem, a jakże! Tylko, że podstawowe prawo stopowania mówi, że żeby stop działał muszą jeździć samochody, a z tym elementem niestety było krucho… Po gościnie u przemiłych Adżarów na wiosce musieliśmy wsiąść do jedynej marszrutki jadącej na wschód w kierunku na Achalcyche. Stamtąd już bez najmniejszego trudu (stop w Gruzji jest wyśmienity!!!) w parę godzin dostaliśmy się do Tbilisi.

Następnego dnia nasza paczka znacznie się powiększyła – desant z Polski przybył i mogliśmy uderzyć w głęboko na północ, Gruzińską Drogą Wojenną do Stepantsmindy (Kazbegi) skąd rozpocząć mieliśmy naszą wędrówkę przez góry Wysokiego Kaukazu. Po noclegu w kultowym miejscu z widokiem na Kazbek i kościołek Tsminda Sameba przetransportowaliśmy się do Juty i rozpoczęliśmy marsz.

Trasa zakładała poruszanie się na wschód, przejście kilku przełęczy (od 2200 m. do 3500 m. n.p.m.), zobaczenie perełki Tuszetii – Shatili oraz dotarcie do ‘stolicy’ Chewsuretii – Omalo. Pełni werwy wystartowaliśmy, ale już początki okazały się trudniejsze niż zakładaliśmy. Pierwsza przełęcz i od razu wysoka (ok. 3400m) kosztowała nas dużo trudu – raz, ze względu na brak jasnej ścieżki i improwizacja na dość niestabilnej ścianie kamieni, dwa – że akurat w naszym najgorszy położeniu zaczął padać przemaczający deszcz… Spore wyzwanie dla paru nowicjuszy… Ale, jak można było przewidzieć – bohaterom nic nie może się stać na samym początku opowieści;-) – tak też przedarliśmy się przez tą istną ścianę Mordoru i za przełęczą (która na dobrą sprawę okazała się szczytem) czekało nas słońce i odpoczynek nad lodowatym jeziorkiem.

Trasa kolejnego dnia zakładała przejście dwóch przełęczy o dużo mniejszej skali trudności i wysokości, wieczorna ulewa zmusiła nas do rozstawienia obozu na podejściu na drugą i zdobycia jej samiutkim rankiem. Obowiązkowo – prawie dwugodzinne suszenie. Następna przełęcz miała być ostatnią przed zasłużonym odpoczynkiem w Tuszetii, ale nie dane nam było nawet się do niej zbliżyć – wkopaliśmy się w głęboką dolinę i wydostanie się z niej strawiło nasze wszystkie siły i wolę walki (cholerny deszcz). Wobec czego nastąpiło sprawne przegrupowanie sił i grupa rajdowa o silniejszym morale zdecydowała się podjechać do Shatili najętym moskwiczem (straszne nocne rajdy nad kaukaskimi przepaściami, oł je!) i dalej kontynuować trek zgodnie z założeniami, a grupa o morale podupadłym, wrócić na niziny, do stolicy.

Czteroosobowy Core Team, niezrażony poniesionymi stratami w ludziach po wygrzaniu kości w tuszeckim słońcu, wysuszeniu majtków i uzupełnieniu poziomu alkoholu we krwi ruszył w kierunku przełęczy Atsunta oddzielającej nas od Chewsuretii. Tym razem poszło nad wyraz sprawnie, czy to zasługa aury, czy po prostu zostały się debeściaki, ciężko stwierdzić po czasie. Niemniej w tempie nad wyraz sprawnym pokonaliśmy dziesiątki kilometrów doliny u wylotu której znajduje się na spektakularnym płaskowyżu pośród grzbietów górskich osada Omalo. Na tym zakończył się pierwszy, główny epizod górski. Mimo poniesionych strat w członkach wyprawy i pomocy staroruskiej motoryzacji w ciężkiej chwili gdy znaleźliśmy się na zakręcie – wynik w rozgrywce z Kaukazem 1:0 dla nas.

Nadszedł czas na cześć drugą wyprawy roboczo zwaną: krajoznawczo-winną. Wyśmienitym zbiegiem okoliczności wyjeżdżając z gór na południe natrafia się na region Gruzji, który winem stoi – Kachetię. Rozdzieliwszy się na pary stopowe puściliśmy się eksplorować to bogactwo natury. Odwiedziliśmy rozliczne klasztory, zobaczyliśmy stolicę regionu – Telavi, przeżyliśmy wieczorną ucztę nad brzegiem rzeki oraz otoczenie przez bawołokrowy gdy odpoczywaliśmy przy ich wodopoju.

Przyjechaliśmy do Tbilisi, że by się ponownie trochę uczłowieczyć i obraliśmy na nasz następny cel: Dawid Garedża, kompleks klasztorów skrytych w półpustynnych rejonach na pograniczu z Azerbejdżanem. Jest to absolutny must-see jeśli chodzi o Gruzję i okazało się, że absolutnie nie na wyrost. Drugą atrakcją o porównywalnej renomie ale o dużo większej dostępności jest olbrzymie średniowieczne miasto wykute w urwisku skalnym – Vardzia. By je odwiedzić musieliśmy przetransportować się kilkaset kilometrów na zachód, ale życzliwość Gruzinów jest nieprzebrana i udało się nam tego dokonać ekspresowo.

Kolejnym etapem miał być drugi epizod górski w Narodowym Parku Bordżomi-Karagauli. Poprzedzony został epicką wręcz ucztą, którą podjął nas jeden z przygodnie poznanych Gruzinów – Rusłan. Toastów spełnianych szklankami wina (do dna!) i tradycyjnym rogiem nie było końca. Pokrzepieni na ciele i duchu ruszyliśmy znów na górskie grzbiety i szczyty. Przepiękne trawiaste połoniny pod idealnie niebieskim niebem, wieczorna burza na grzbiecie, mycie zębów przy wschodzie słońca, ponad chmurami, wspomnienia niezatarte. Ciężko było opuszczać to cudne miejsce, ale nieubłaganie zbliżał się czas naszego powrotu do Polski. Jeszcze tylko w tempie sprinterskim wizyta na Morze Czarnym i już ostatnie chwile nad dachu hotelu, panorama Tbilisi przy zachodzie i wschodzie słońca. Gaumardżos Sakartwelo!